Nie tylko praca » Półtora roku później

Półtora roku później

FLAGA SZCZECINA NA SZCZYCIE SHISHA PANGMA /8013 m/

20 marca 1999

TU 154 snuje się w podniebnej przestrzeni, wydając miarowy, jednostajny, usypiający pomruk. Niespodziewane poruszenie na pokładzie samolotu przerywa mi celebrację nie poukładanych myśli i wspomnień. Nerwowym spojrzeniem w tłum pasażerów próbuję odgadnąć przyczynę tego ożywienia. To widok korony Himalajów sterczącej ponad pułapem skłębionych cumulusów wywołuje ten stan. Niespokojnie podchodzimy do lądowania przechylając się to na lewe, to na prawe skrzydło, spadając nagle w otchłań, to znów wznosząc się niechętnie. Samolot wpada w turbulencję o niepokojąco wysokim natężeniu, by za chwilę brutalnie dotknąć ziemi. Zrywają się spontaniczne oklaski, jak na zakończenie znakomicie zagranego koncertu.

21 marca 1999

Wyprawa odsypia wczorajszy dzień. Od 10 rano zaczyna się nerwowa krzątanina i podział zadań. Z listą spraw do załatwienia opuszczamy szybko hotel, spragnieni kontaktu z egzotyką stolicy Nepalu. Następne godziny to bieganina po zatłoczonych, hałaśliwych uliczkach Kathmandu w poszukiwaniu prowiantu i niezbędnego sprzętu dla wyprawy. Każdy zakup, każda transakcja to pełne emocji , niekończące się targi , po których obie strony odnoszą satysfakcję. Skąd jesteście? - z Polski !... znaczące kiwanie głową - podziw i uznanie dla umiejętności targowania się o każdą rupię. Tak będzie aż do dnia wyjazdu w góry.

Lekki powiew chłodnego wiatru wiejącego od himalajskich szczytów daje odrobinę wytchnienia po upalnym, pełnym słońca, pracowitym dniu. Z tarasu urokliwej kafejki widać poszarpany horyzont gór skąpanych w wielobarwnym pejzażu zachodzącego słońca. Nie ma końca wieczornym rozmowom, których motywem przewodnim są wspomnienia górskich eskapad. Kathmandu już dawno zasnęło, my wciąż jeszcze nie śpimy.

24 marca 1999

W pokoju na piętrze hotelu Pisang sterta przygotowanych do transportu pakunków sięga sufitu. Worki, beczki, kartony i wiklinowe kosze. W nich: 100 kg nepalskich ziemniaków, 50 kg mięsa w puszkach z rodzimego Agryfu, 100 kg mąki na wyrób " ciapatów", 600 sztuk jajek - Wielkanoc już blisko, 200 litrów nafty i benzyny, radiostacja, telefon satelitarny, 15 namiotów, 300 m lin asekuracyjnych ... czego tam jeszcze nie ma. Razem 2 tony!!! Ponad 100 sztuk bagażu jeszcze tego dnia przewozimy na miejsce, skąd jutro wczesnym rankiem wyruszymy w drogę. Tuż przed północą wbiegamy do tybetańskiej restauracyjki, by z żarłocznością zgłodniałych wilków pożreć pachnące czosnkiem, krwiste steki z Jaka, wielkości talerza!.

25 marca 1999

Z nosem przy szybie dziwacznego autobusu żegnam się z widokiem zieleni i resztką cywilizacji. Przez najbliższe dni otaczać nas będzie smętny krajobraz tybetańskich wzgórz koloru wyblakłej sepii. Sięgam po kolejne piwo, chcąc zneutralizować niesmak wywołany wczorajszym, w pośpiechu zjedzonym obiadem. Pełen złych przeczuć raz po raz zapadam w niespokojną drzemkę.

Miasteczko Zangmu tonie w ciemnościach pochmurnej nocy. Ciszę rozprasza szum monsunowego deszczu skomponowany w takt melancholijnej melodii. Gdzieś z oddali słychać pieśń tybetańskiej dziewczyny, rzewną, i wzniosłą, . Pogrążam się w nastroju tej niezwykłej nocy broniąc się przed zaśnięciem.

28 marca 1999

Baza pod Shisha Pangma tętni energiczną pracą. Pierwsze namioty łopocą już w rytm porywistych podmuchów ciepłego wiatru zapowiadającego rychłe nadejście himalajskiej wiosny. Ponad kolorowymi płachtami tropików wznosi się śnieżnobiały masyw ośmiotysięcznego kolosa. To tam wędrują ukradkowe spojrzenia rozentuzjazmowanych twarzy. Z ukrywaną zazdrością obserwuję spontaniczne odruchy kolegów podnieconych bliskim widokiem Himalajów. Nie uczestniczę w tym rytuale szczęścia rozkochanych w górach ludzi. Od kilku dni dręczą mnie ataki torsji, po których ohydny smak nie przetrawionego czosnku i zepsutego mięsa odbierają mi chęć do życia.
Chce mi się wyć !

1 kwietnia 1999

Podnoszę się powoli z nagrzanego słońcem, obłego kamienia, walcząc z niemocą spowodowaną zatruciem i brakiem aklimatyzacji. Staję w szerokim rozkroku broniąc się przed utratą równowagi i z wdzięcznością oddaję plecak Robertowi. Sięgam do kieszeni i wyjmuję pomarańczową landrynkę, zawiniętą szeleszczący, przezroczysty papierek. Powoli, bardzo powoli odwijam ten papierek, chcąc odwlec w nieskończoność wykonanie kolejnego kroku do góry. O zmierzchu docieramy wreszcie do bazy wysuniętej. Wpadam w szpony lekarza wyprawy z nadzieją na rychłe wyzdrowienie.

4 kwietnia 1999 / w nocy

Pogrążony w żalu spowodowanym chorobą oddalam się w samotność, w poszukiwaniu wyzwolenia. Podchodzę jeszcze wyżej piaszczysto kamiennym stromym zboczem moreny wznoszącej się ponad śpiącą bazą wysuniętą. Przed świtem Dnia Zmartwychwstania chcę być jak najdalej od ludzi i jak najbliżej Nieba!

4 kwietnia 1999 /rano/

Maciek, nienaganną angielszczyzną wydaje ostatnie polecenia naszemu nepalskiemu kucharzowi. Stół, nakryto białym płótnem odwróconej flagi sponsora. Przestrzeń namiotu bazowego wypełnia mdły zapach gotowanych jajek i tlących się świec, wykonanych z kiepskiego wosku. Z miejsca, gdzie powiewają flagi naszych miast dochodzi głośne Alleluja, śpiewane zachrypniętym głosem Krzyśka. Do namiotu wkracza uroczyście procesja lekko opuchniętych twarzy. "Za powodzenie wyprawy i szczęśliwy powrót do domu" - tymi słowami rozpoczyna się świąteczne śniadanie. Poczułem głód. Po raz pierwszy od wielu dni. Z namaszczeniem dotykam ćwiartki ciepłego jeszcze jajka. Przybliżam ją do ust testując reakcję organizmu ...?. Rozkosz...! Mimowolnym odruchem spojrzałem w sam środek stołu, gdzie przy blaszanej, błyszczącej miseczce pełnej nierówno pokrojonych plastrów podwędzanej kiełbasy, ktoś umieścił, trochę pognieciony obrazek Matki Boskiej...

7 kwietnia 1999

Poranne słońce zdążyło już rozjaśnić półmrok opustoszałego namiotu. Jurek i Wieko - moi współlokatorzy - wspinają się gdzieś na wysokości obozu I. Kokoszę się jeszcze przez jakiś czas w cieple puchowego śpiwora. Walczą we mnie dwie namiętności : chęć wybyczenia się za wszystkie czasy, z narastającą potrzebą fotografowania gór. Szala zwycięstwa przechyla się to w jedną, to w drugą stronę. W końcu sięgam po aparat, obejmując go pieszczotliwie, jak dziecko ukochaną zabawkę. Wśród fałd śpiwora odnajduję rozgrzane ciałem baterie. Kontrolny pstryk...? Ok!
Idę kamiennym rumowiskiem zastygłego lodowca, tam, gdzie półtora roku temu wyrastały piramidy ogromnych seraków. Długo kluczę w labiryncie lodowych formacji, nie mogąc znaleźć odpowiedniego miejsca, gdy nagle...? ...stanąłem olśniony znajomym widokiem - widokiem z teatru moich sennych marzeń... Tego dnia nie zrobiłem zdjęcia. "TO" chcę pozostawić tylko dla siebie.

10 kwietnia 1999

Schodzę do bazy z leciutkim jak piórko plecakiem. Wczoraj było znacznie gorzej. Przydział ładunku "szturm żarcia" skutecznie uświadamiał mi istnienie siły ciążenia. Nie chce mi się wracać. Każdy napotkany kamień wielkości krzesła wykorzystuję, by posiedzieć w ciszy i zadumaniu. Trwać tak, trwać - wolny, tysiące kilometrów od zgiełku codzienności. Cieszyć się samotnością , doświadczyć oczyszczenia, czerpać z uniesienia mistyką gór... Nie zauważyłem kiedy niebo zasnuło się czarnymi chmurami. Tam, gdzie jeszcze jakiś czas temu mój wzrok przykuł promień słońca mieniący się fantazyjnie w kałuży wytopionego lodu, teraz panuje ponury cień. Powiało przenikliwym chłodem. W pośpiechu zakładam kurtkę i już za chwilę słyszę, jak drobinki zmarzniętego deszczu szeleszczą nad ciasno zawiązanym kapturem. Rozpętała się śnieżna zamieć, jak w środku himalajskiej zimy.

Przyspieszonym krokiem ścigam się z czasem, który z każdym mijającym kwadransem staje się moim największym wrogiem. Noc zapada nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Szparkami oczu próbuję odnaleźć właściwą drogę . Stan najwyższej koncentracji ogarnia mój umysł, jak zawsze wtedy, gdy wyczuwam niebezpieczeństwo. W zmaganiu z przeciwnością natury odnajduję wreszcie swoje "JA".
Z każdym dreszczem emocji, z każdym rozpoznanym szczegółem drogi rosną mi skrzydła. Walczę - samotny żagiel na rozszalałym oceanie "ryczących czterdziestek". Z daleka zamigotało ledwo dostrzegalne światełko. Przystanąłem, chcąc uspokoić kołatanie serca. Jeszcze kilkadziesiąt kroków, ostatnie strome podejście i z miną pogromcy smoka wkraczam pod płachtę rozświetlonego naftową lampką, obszernego namiotu bazowego...
...tu rozgrywa się właśnie kolejna partia brydża.

15 kwietnia 1999

Kolejne załamanie pogody spędza wszystkich pod dach wygodnej bazy wysuniętej. Kucharz , o melodyjnym imieniu Sierra, wznosi się na wyżyny sztuki kulinarnej. Wielkie żarcie. Przy karcianym stole trwa głośna wymiana zdań. Następnego "Robra" wygrali znowu Gdańszczanie. Stan - dwanaście do sześciu - "świński remis".

17 kwietnia 1999

Już tylko tydzień pozostał do upływu terminu pozwolenia na działalność wspinaczkową. Teraz, albo nigdy!!! Kto żyw, wyrusza w góry. Jerzy i Wieko są już w jedynce, za nimi wychodzą Krzysiek z Marcinem i Piotrek z Jasiem. Dwaj Waldkowie znikają w namiotach, chcąc na swój sposób przecierpieć gorycz niespodziewanej choroby. Pogoda idealna. Wszystkie obozy zaopatrzone są w żywność i niezbędny sprzęt biwakowy. Odprowadzam wzrokiem, nieco zgarbione pod ciężarem plecaków, kolorowe postacie, znikające powoli za poszarpanym horyzontem, a potem długo krążę wokół bazy, z rosnącym uczuciem wiary w osiągnięcie celu. Tyle miesięcy przygotowań, tyle niedospanych nocy, tyle zwątpienia i nadziei, a spełnienie marzeń jest tak blisko. Na dźwięk telefonu satelitarnego wbiegam do namiotu bazowego ...:
- " baza pod Shisha Pangma, Wojciech Bogusławski, słucham ?...
Przesiedziałem tak aż do wieczora, odpowiadając jak automatyczna sekretarka na pytania rządnych informacji dziennikarzy.

Jedna po drugiej zapalam, do połowy wypalone świeczki. W bladym świetle migocących płomieni rozpoczynam rytuał pakowania plecaka, z mocnym postanowieniem, że o wschodzie słońca wyruszę w góry. Potem, ruchem robaczkowym wpełzam do lodowato zimnego śpiwora okutany po uszy w ciepłe ciuchy. Z za głowy dosięgam spłaszczoną flaszeczkę "Kukri Rumu" i "po ułańsku" pociągam spory łyk rozgrzewającego płynu - wasze zdrowie chłopaki !!!.

19 kwietnia 1999

Z wściekłością wyrzucam z siebie litanię wulgarnych słów. Stoję bezradny na stromym podejściu, wysoko ponad jęzorem zjeżonego lodowca, wlepiając wzrok w bezwładne żelastwo zepsutego raka. Nie daję za wygraną. Ściągam rękawice i zmarzniętymi paluchami próbuję coś wygiąć, coś wyprostować - na nic ! Jak bańka mydlana pryska nadzieja na solowe wejście na dziewiczy siedmiotysięczny wierzchołek, wyrastający ponad "Oczami Buddy". Kilka desperackich uderzeń czekana, po których - o dziwo! - rak trzyma się jako tako i pogodzony z losem schodzę w dół. Idę pokracznie , bacząc na równomierne obciążanie raków. Każdy fałszywy krok kończy się szpagatem w wydaniu kiepskiej baletnicy. Znowu walenie czekanem , kilka kroków i znowu szpagat. W resztkach zachodzącego słońca dostrzegam lśniące tropiki dwóch bliźniaczych namiotów . Do "Śląskiego Domu" dzieli mnie 200 m zejścia i lodowiec. Tak blisko, a jak daleko!

20 kwietnia 1999

Delektuję się ciszą...
Wokół mnie tylko góry, góry, góry...
Nadrabiam zaległości w zapiskach mojego dziennika...
Kończy się jedzenie, jutro schodzę w dół.

21 kwietnia 1999

Dwójka szczecińskich alpinistów: Jerzy Kawiak i Robert Wieczkowski oraz Marcin Miotk z Wejcherowa i Krzysztof Tarasewicz z Gdańska, około godziny drugiej w nocy wyruszają z obozu IV (7400 m), celem przeprowadzenia ataku szczytowego. Po dwóch godzinach wspinaczki przy zimnym, dokuczliwym wietrze, decydują się na przeczekanie niesprzyjających warunków. W stromym terenie wykopują śnieżną platformę i na niej czekają do świtu. Sprzyja im szczęście. Z brzaskiem cichnie wiatr i odtąd towarzyszy im piękna słoneczna pogoda. Bez problemów kontynuują wspinaczkę i w samo południe osiągają wierzchołek.

Mija właśnie południe, kiedy pokonuję ostatni, kilkumetrowy uskok i wychodzę na kamienistą rynnę bazy wysuniętej - zaroiło się od namiotów nowoprzybyłych wypraw. Z kubkiem gorącej herbaty wita mnie Waldek, a jego szeroki uśmiech, widoczny już z daleka mówi mi wszystko - zdobyliśmy tą górę. Powstrzymujemy się od wszelkich odruchów radości. Trwamy z pokorą w oczekiwaniu i niepewności, świadomi górskim doświadczeniem, że zwycięstwem jest dopiero szczęśliwy powrót do bazy.

22 kwietnia 1999

Jest godzina 1445. Do szczytu zbliża się Szczecinianin Piotr Henschke. Dwie godziny wcześniej zerwał się porywisty wiatr - zwiastun załamania pogody. Jego partner Jan Szulc z Gdańska osiąga wierzchołek zasnuty już kłębowiskiem chmur. Wejście Jasia opóźnia bolesna kontuzja, spowodowana upadkiem do szczeliny. Partnerzy rozdzielają się i odtąd samotnie schodzą w dół. Ich los jest nieznany aż do późnych godzin nocnych.

24 kwietnia 1999

Niecierpliwie spoglądamy w kierunku plato obozu I, skąd powinni wracać Piotrek z Jasiem. Ich powrót ze szczytu trwa niepokojąco długo.
- Wojtek do bazy, Wojtek do bazy, odbiór ?...
...cisza...
Kolejna nieudana próba nawiązania łączności z bazą. Kapryśna pogoda znowu straszy załamaniem. Nerwy. Złość. Obawa.
- Wojtek do bazy, Wojtek do bazy, odbiór ?...
- Tu baza, tu baza,...
Zelektryzowani złą wiadomością bez wahania podejmujemy akcję ratowniczą. Jurek i Robert pędzą w kierunku lodowca i w kwadrans później trawersują go w miejscu, gdzie tkwią bambusowe tyczki traserów. Ze stert spakowanych tobołów wygrzebuję termosy i butanową maszynkę. Litr gorącej herbaty może postawić na nogi każdego. Topienie garnka śniegu trwa wieki. Palnik furczy na najwyższych obrotach, a mimo to osłaniam go ciałem od wiatru. Robert znika w nawałnicy nasilającego się opadu kłujących igieł śniegu. Tuż za nim kroczy Jerzy nie naturalnie "wydłużonym stępem". Pada rekord sezonu w szybkości podejścia do jedynki. Podążam za nimi z godzinnym opóźnieniem. Dramaturgia chwili dodaje mi energii. Szybko pokonuję kolejne metry wysokości. Mimo chłodu pocę się jak w saunie.
Zgrzytnięcie raka!
Rozpacz!
Dwa metry niżej zatrzymuję ześlizg wymachując rękoma jak ptak, który nie umie latać!
Walę czekanem w zatrzask! Pomogło!
Kolejne sto metrów, ponad znikającym w ciemnościach lodowcem.

- Wojtek do bazy, Wojtek do bazy, odbiór...
- jesteśmy już wszyscy razem w "Śląskim Domu", Jasiu śpi pod tlenem, z Piotrem wszystko w porządku.
-Jutro rano wracamy do bazy...bez odbioru !.