Nie tylko praca » Manaslu 2001

Manaslu 2001

Pragnę podziękować Panu Bogu za to, że obdarzył mnie marzeniem
i otoczył przyjaciółmi, którzy tak jak ja marzą.
I pragnę podziękować Panu Bogu,
że natchnął mnie siłą i nadzieją. Bez siły i nadziei to marzenie byłoby tylko niespełnionym marzeniem.
I pragnę podziękować Panu Bogu, że spotkałem ludzi, którzy pomogli mi urzeczywistnić to moje marzenie.
Bez pomocy innych ludzi nie starczy i siły i nadziei.

Zauroczyć się widokiem Himalajów...
Znaleźć się w sercu gór...
Zmagać się z przeciwnościami natury...
Doświadczyć skrajności...
Zaznać ciszy i samotności...
Czerpać z braterstwa i górskiej przyjaźni...
Oto kwintesencja alpinizmu! Oto moje marzenie!
Tym moim marzeniem chcę zarazić wszystkich.
Chcę by wirus marzenia o górach zawładnął wyobraźnią.
By spowodował w umysłach nieuleczalną chorobę tęsknoty do gór.
Nich ten wirus rozpęta prawdziwą epidemię, dla której żaden medyk nie znajdzie antidotum.
Co przyniesie ta wyprawa ? zwycięstwo, chwałę ?
czy udrękę i gorycz niespełnienia...?
Ponad tą niepewnością wznosi się moje najgorętsze pragnienie: pragnienie szczęśliwego powrotu do domu, bo tak naprawdę w alpinizmie właśnie to jest miarą sukcesu.
I dlatego o szczęśliwy powrót do domu wszystkich uczestników wyprawy proszę Cię Panie Boże!

12 marca 2001

RELACJE INTERNETOWE Z WYPRAWY

31 marca 2001

Po długiej podróży z niespodzianką / dwugodzinne oczekiwanie na start samolotu z powodu gęstej mgły nad SHARIAH - Emiraty Arabskie / lądujemy w KATHMANDU ok.godz.13.30. Tu spotkała nas przykra niespodzianka - brak jednej sztuki bagażu. Pechowcem okazuje się Jaś Turowiecki ( Żółw) .Natychmiast zgłaszamy zgubę funkcjonariuszowi lotniska i w biurze AEROFLOTU. Kilka telefonów i wielki, fioletowy wór Żółwia, pełen między innymi puszek z szynką odnajduje się ... w Moskwie! Jutro ma przylecieć do Kathmandu.
Kathmandu przywitało nas pogodą zwiastującą niedaleki koniec monsunowych opadów: czarne chmury i obfity deszcz - po południu, a od rana piękna, słoneczna i upalna pogoda. Ponad 30 stopni w cieniu. Po długich negocjacjach decydujemy się na zakwaterowanie w hotelu PISANG w dzielnicy THAMEL. Ten sam hotel co na poprzedniej wyprawie na SHISHA PANGMA. Rozległy taras na 5 piętrze to zaleta tego miejsca. Można tam rozbić duży namiot bazowy, który otrzymaliśmy w spadku po zimowej wyprawie Krzysztofa Wielickiego na MAKALU. Ten taras nazwaliśmy swojską nazwą " RUFA" .Na rufie spędzamy pierwszy wieczór oszołomieni nieco nagłą zmianą klimatu. Motywem przewodnim naszych wieczornych rozmów są wspomnienia , wspomnienia i jeszcze raz wspomnienia. Rano budzi nas nieopisany zgiełk i hałas klaksonów - zwykła codzienność ulicy w centrum stolicy Nepalu. O godzinie 9.00 śniadanko, oczywiście na rufie. Bułka z serem z Yaka, do wyboru bułka z dżemem z owocu mango oraz kanapki z pomidorem i cebulą. Celebrujemy długo to własnoręcznie sporządzone śniadanie nie tylko z powodu miłej rodzinnej atmosfery, ale przede wszystkim przez słońce, którego nie oglądaliśmy przez szereg zimowych miesięcy w rodzimym Szczecinie i Gdańsku, a które tu ogrzewa nasze wyblakłe, spragnione ciepła ciała. Pierwszym miejscem, do którego podążamy jest świątynia Swayambhunath, górująca nad doliną Kathmandu, cel piel-grzymek Buddystów i Hinduistów. Chwila zadumy w tym świętym miejscu , gdzie oczy Buddy wymalowane na kopule świątyni spoglądają we wszystkie strony świata, ogarnia każdego z nas. W Kathmandu oprócz nas jest jeszcze wiele wypraw. Z Polaków spotkać tu można między innymi Annę Czerwińską i Piotra Pustelnika. Po południu spotkamy się z naszymi włoskimi partnerami. Pierwsze wrażenia z tego spotkania przekażemy w następnej relacji.

Noc z 1 na 2 kwietnia 2001 ( godzina 2.00 )

"Odpaliliśmy satelitę".
Było nerwowo ale i humorystycznie jak przystało na "prima aprilis". Nasze problemy z zainstalowaniem się w przestrzeni wirtualnej mogę określić jednym zdaniem - trochę techniki i człowiek się gubi. Kiedy już uruchomiliśmy procedurę internetową e-maile szły jeden za drugim. Przyznaję, zainteresowanie naszym przedsięwzięciem przeszło najśmielsze oczekiwania - a słowo się rzekło - publicznie oświadczyłem, że na wszystkie e-maile odpiszę. Siedzę teraz w środku nocy, wszyscy smacznie chrapią , a ja próbuję się z tego słowa wywiązać. Wczoraj nic szczególnego nie wydarzyło się na wyprawie, może z wyjątkiem trzech spraw:
Wór Żółwia ( Jasia Turowieckiego ) poleciał z Moskwy do Bangladeszu !
Dwie godziny trwała dyskusja ile jaj kupić do bazy : 600 szt., czy 500 szt., a może 300 szt.
Bartek Duda otrzymał ksywę " SYNEK".
Z tymi jajami to naprawdę jest problem, bo przecież Wielkanoc za pasem, a ciapatów (tutejsza odmiana naleśników ) jeść w święta nie przystoi. Muszę już kończyć, bo Piotrek wrzeszczy, żebym wreszcie zgasił światło. Dobranoc wszystkim, a w szczególności nadawcom e-maili. Dziękujemy Wam za dobre słowo. Cześć.

2 kwietnia 2001

Żółw chodzi dzisiaj uśmiechnięty od ucha do ucha, a to za sprawą nieszczęsnego wora , który obleciał pół świata, a teraz stoi przy jego łóżku budząc zachwyt wszystkich uczestników wyprawy. Nepalczycy wciąż świętują ( ilość świąt odwrotnie proporcjonalna do Dochodu Narodowego) i niczego nie można załatwić. Czekamy więc cierpliwie, a czas spędzamy na penetrowaniu sklepików w poszukiwaniu najniższych cen na potrzebny wyprawie ekwipunek. Podczas takiej cenowej turystyki po uliczkach Kathmandu Piotrek odnalazł dzisiaj swoje stare wspinaczkowe buty, które dał w komis 20 lat temu. Przez tyle lat nikt nie kupił jego butów! Coś w tym musi być...? Z kolei JerzyK wydał już prawie całe kieszonkowe kupując pamiątki dla swoich licznych znajomych. Najbardziej imponującym zakupem jest młynek modlitewny wykonany z miedzi, wielkością przypominający dzwon buddyjskiej świątyni. Podobno zrobił na nim złoty ( raczej miedziany ) interes. Synek niestety płaci " frycowe" - znaczki na kartki pocztowe, które kosztują 15 rupii za sztukę i mają to jak wół namalowane w prawym górnym rogu, kupił za 17 rupii!!!
- Mówię Wam - komedia!
Dzisiaj poznaliśmy naszych włoskich kolegów: Lucca, który mieszka w Wenecji i Diego z Cortiny d?Amprezzo . Po tym spotkaniu bardzo sympatycznym i wiele obiecującym, nagle wszyscy zaczęli mówić do siebie po włosku: Bartek jest teraz Bartolomeo, Jasio - Dzianini, Krzysiek - Kristofoni, a Jurek - Dziordzi. Najczęściej używanym od kilku godzin wyrażeniem jest "mamma mia". Przyjaźń polsko-włoska, która tak nagle zakwitła może się jednak szybko skończyć. Dlaczego ? Z prostej przyczyny : podczas spaceru po Kathmandu oczy wszystkich turystek były wpatrzone tylko w naszych włoskich przyjaciół! Oni są naprawdę pioruńsko przystojni, a czeka nas jeszcze batalia o to ile kupić ziemnia-ków, a ile makaronu!

4 kwietnia 2001

Coś drgnęło. Po kilku dniach przymusowego leniuchowania , dzisiejszy dzień obfitował w ważne wydarzenia! Ustalony został ostateczny wariant kolejnego etapu wyprawy, a mia-nowicie transportu do bazy. Odbędzie się to tak: jutro wyrusza "lekka" karawana pod kierownictwem Piotrka , najpierw samochodem do miejscowości GORKHA ( ok. 6 godzin jazdy od Kathmandu ), a następnie piechotą przez miejscowości ARUGHAT BAZAR, SETIBASH, NGYAK i SAMAGAON do bazy pod Manaslu. W karawanie biorą udział Lucca, Diego, Bartek , Żółw oraz pomocnik kucharza. Towarzyszyć im będzie 20 tragarzy. Czas dojścia karawany do bazy wyniesie ponad tydzień, ale znając możliwości Piotra ( Bartek też nie jest wcale gorszy, a Italiani najwyżej dostaną w kość- ha! ), cel osiągną o dwa dni wcześniej. Pozostała szóstka ( i kucharz ) wyrusza w sobotę rano rosyjskim helikopterem (o mamma mija! ), by po godzinę trwającym locie wylądować wraz z całym ekwipunkiem w odległości około pół dnia drogi od bazy na wysokości ponad 4000 m n.p.m. Drugie, bardzo ważne wydarzenie, które dzisiaj miało miejsce, to oficjalne wręczenie pozwolenia na działalność wspinaczkową . Ten akt, zwany Briefingiem odbył się w Ministerstwie Turystyki Nepalu w obecności wszystkich członków wyprawy. Była herbatka, były oklaski , uścisk dłoni ważnej osobistości i pamiątkowe zdjęcie. Dzisiaj także odebraliśmy Cargo - 20 beczek wypełnionych po brzegi najrozmaitszymi drobiazgami, od batoników Lion, ciepłych ciuchów, kończąc na kombinezonach goreteksowych. Było tam też poupychanych całe mnóstwo pigułek, które nasz lekarz Jacek Juściński zadekował na każdą beczkę po równo. Kiedy piszę te słowa Jacek wydłubuje właśnie z beczek po jednej pigułce i myślę, że może do rana skończy.

5 kwietnia 2001

Mamy pierwszą ofiarę "banana lassi" ( tutejszy jogurt z bananami ). Choroba objawia się tym, że delikwent długi czas spędza tam, gdzie król piechotą chodzi. Nie martwcie się jednak, to ustępuje po zużyciu około półtorej rolki papieru toaletowego. Nieszczęśnikiem tym jest nie kto inny, jak Krzysiek - nasz fotograf i operator. Zanim to jednak nastąpiło, bladym świtem pożegnaliśmy dzielnych uczestników obozu wędrownego pod przewodnictwem Piotrka , którzy przez najbliższy tydzień zwiedzać będą walne doliny rejonu podejścia pod Manaslu. Jednak dzisiejszy dzień należał do Jurka. Jego zadaniem było zaopatrzenie wyprawy w żarełko bazowe i "szturm żarcie"
( specjalnie dobrany zestaw produktów żywnościowych, które wspinacze zabierają na czas akcji górskiej). Istota problemu polegała nie na tym co kupić - to wiedzieliśmy już przed wyprawą , lecz jak kupić tanio! Byłem świadkiem niezłomnej walki Jurka o każdą rupię, o każdy procent upustu ceny, o gram czosnku i cebuli, o szczyptę pieprzu i clili. Tuzin razy zrywał negocjacje i natychmiast rozpoczynał od nowa. Efekt - ponad 600 dolarów oszczędności. Za podobny zestaw produktów Amerykanie zapłacili trzy razy drożej - widziałem ich rachunek. Chwaląc Jurka muszę jednak dodać, że JerzyK jest wybitnym uczniem szkoły negocjacji , której mistrzem i profesorem jest Piotrek. Skoro mowa o jedzeniu dodam, że dokonaliśmy aktu degustacji flaczków, gulaszu i kurzego udka, które to specjały przygotował nam sponsor z Sopotu. Była to prawdziwa uczta kulinarna, po której Krzysiek ( kierownik wyprawy) zadecydował, że te smakołyki będą przydzielane tylko jako nagroda za dobre sprawowanie. Rachunek za produkty żywnościowe obejmuje ponad 130 pozycji. Oto co kupiliśmy: mąka, ryż, makaron i spagetti!!!, ziemniaki, cebula, czosnek, kapusta biała, kapusta czerwona, kalafior, marchewka, pietruszka, seler, jabłka, pomarańcze, banany, jajka ( 350 szt), orzechy, migdały, rodzynki, suszone morele, ogórki, imbir, cytryny, fasola, papryka, chili, pieprz, brokuły, oliwki, owoce w puszkach, warzywa w puszkach, kawa, herbata, napoje w proszku, płatki kukurydziane, musli, mleko w proszku, masło, dżem, kiełbasa salami, suszone nepalskie mięso, chińskie mielonki, chleb itd.,itd. Ponadto: naftę, benzynę, gaz propan-butan, tlen medyczny, baterie, akumulatory, lampy naftowe, świeczki, całkowite wyposażenie kuchni bazowej. W całym zestawie wyprawowego jedzonka brakuje jednej bardzo, bardzo ważnej pozycji - kiszonych ogórków i tego Jurkowi nie zapomnę do końca życia !!!

6 kwietnia 2001

Dzisiaj w Kathmandu był strajk. Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo przecież strajki to dla nas rzecz normalna, ale tu strajkowali nawet uliczni sprzedawcy pamiątek i restauratorzy. Strajkował być może także pewien kaleki staruszek, któremu od czasu do czasu wrzucałem kilka rupii do wymiętego, pokrytego pyłem ulicy kapelusza, a którego nie widziałem dzisiaj w miejscu gdzie żebrał. Miasto było jakieś dziwne. Witryny sklepików, które zwykle przyciągały wzrok kolorem reklam i bogato zdobionymi towarami , dzisiaj odpychały szaro-burymi roletami ślepych okien. Ulica, zazwyczaj hałaśliwa, tętniąca życiem i energią przepychających się ludzi, dzisiaj była jakaś spokojna i pusta. Brakowało mi handlarzy śmiesznych, małych skrzypiec z drucianymi strunami, wszechobecnej muzyki i dymu kadzidełek o zapachu drewna sandałowego. Ostatnie przygotowania do podróży potrwają dzisiaj do późnych godzin nocnych. Pakujemy cały ekwipunek w ważące nie więcej niż 25 kg pakunki, które nieść będą tragarze z miejsca lądowania helikoptera do bazy. Jutro będziemy w górach. Już tylko godziny dzielą nas od długo oczekiwanej chwili - spotkania z Himalajami!

7 kwietnia 2001

Wylądowaliśmy! Lot trwał 45 min i były to bardzo emocjonujące trzy kwadranse. Nie dlatego, żebym miał coś przeciwko rosyjskim helikopterom ( trochę trzęsło, trochę warczało), ale z powodu nie! - praw! - do! - podobnych widoków !!! ( tu z wrodzonym sobie taktem nie użyję zwrotu " jaka szkoda , że państwo tego nie widzieli" ). W tym helikopterze chłopcy dosłownie oszaleli. Na przykład Krzysiek , trzymany za pasek od spodni przez drugiego pilota, wychylał się na zewnątrz filmując sekwencje z "lotu ptaka". Z kolei Jurek Kawiak klepał mnie w plecy krzycząc do ucha- "Wojteczku ! ale czadowo". W przeciwieństwie do Jurka, Jacek kompletnie zaniemówił i z nosem wlepionym w szybę tkwił tak aż do wylądowania. Sam też musiałem ulec emocjom, bo nie pamiętam o co chodziło Jasiowi, kiedy wykrzykiwał " Panowie uwaga na akumulatory". Tylko nasz kucharz zachował całkowity spokój, spoglądając na nas z dziwnym wyrazem twarzy. A co się działo po wylądowaniu...! Niekończące się " misiaczki", każdego z każdym i to po kilka razy. Co było przyczyną tej spontanicznej radości odgadnijcie sami.
A teraz trochę o topografii. Wylądowaliśmy na wysokości 3500 m n.p.m., tuż nad malutką osadą SAMA GAON. Stąd ok.10 km na północ znajduje się inna osada LARKYA BAZAAR. Patrząc na zachód, widzimy lodowiec MANASLU oraz dwuwierzchołkowy szczyt Manaslu: wierzchołek główny (8163m) oraz będący na pierwszym planie wierzchołek wschodni (EAST PINNACLE 7895m), który z bazy wygląda jakby był wyższy od głównej kulminacji masywu. Dalej na północ, po drugiej stronie lodowca MANASLU (naszej prawej) widać jeszcze MANASLU NORTH (7157m) oraz NAIKE PEAK (5515m). Na południe od MANSLU (po lewej) widnieją zaś: słynny PEAK 29 (zwany także NGADI CHULI lub DAKURA) o wysokości 7871m oraz HIMAL CHULI NORTH (7371m) - północny wierzchołek HIMAL CHULI. Są tu jeszcze dwa wybitne lodowce: PUNGEN i LIDANDA. Wszystkie wymienione lodowce zasilają w wodę rzekę BURHI GANDAKI. Krzysiek nie był zadowolony z miejsca lądowania, ponieważ liczył, że uda mu się namówić pilota do wylądowania wyżej. Może właśnie dlatego, nie czekając wyruszył wraz Jerzym na rekonesans w poszukiwaniu dogodnego miejsca na rozbicie bazy. Znalazł je na wysokości 4100 m n.p.m. Jutro tam wyruszany.

8 kwietnia 2001

Przy namiotach uzbierał się tłumek tragarzy z pobliskiej osady SAMA GAON. Negocjacje zaplanowano na godz. 8 rano, z naszej strony Krzysiek Tarasewicz, z ich strony długowłosy, opalony mężczyzna w średnim wieku o imieniu NORBU. Początek negocjacji :
ich cena 650 rupii za 1 tragarza,
nasza cena 350 rupii.
Reakcja - odwracamy się plecami kręcąc głowami na "nie".
Kolejna tura negocjacji :
ich cena 600 rupii,
my trwamy przy swoim - 350 rupii.
Reakcja - oni poszli do domu.
Co robić, mamy ponad 1500 kg ładunku? Sami nie jesteśmy w stanie przenieść takiego ciężaru. Podnosimy cenę na 400 rupii, potem na 450, by przy kwocie 500 rupii ostatecznie dobić targu. Karawana wyrusza o 9.30 : 51 Tragarzy , nas sześciu i kucharz. Po dojściu do końca płaskiej dolinki ( ok. 15 min. drogi) szlak prowadzi ostro pod górę, wśród ciernistych krzaków pozostawiających bolesne zadrapania. Około 250 m wyżej odkrywa się przed nami widok malowniczego jeziorka o stromych ścianach kończącego się tu lodowca Manaslu. Nieco wyżej znajduje się płaska wyżnia dolinka, miejsce oznaczone na mapie Manaslu Base Camp - baza wielu wypraw na Manaslu. Ale my idziemy wyżej. Wraz z wysokością zmienia się szata roślinna. Mijamy krzewy podobne do rodzimej, tatrzańskiej kosodrzewiny by wejść w strefę kamieni i karłowatej roślinności. Po czterech godzinach osiągamy wysokość 4100 m. Nasza baza!.

9 kwietnia 2001

Kto, z kim śpi w bazie?
- pierwsza para : Krzysiek z Krzyskiem,
- druga para : Jasiu z Jackiem,
- trzecia para : JerzyK z Synkiem,
- czwarta para: Wojtek z Żółwiem,
- piąta para : Włosi,
-szósta para: Piotrek z fajką.
Nasza baza - stok nachylony po kątem 30 stopni, o linii spadku prawie równoległej do spadku lodowca Manaslu. To tam Krzysiek skierował obiektyw kamery filmując każdą lawinę, które- muszę szczerze przyznać- spadają bardzo często. Nasze namioty postawiliśmy na miniaturowych tarasach, osłoniętych od wiatru kamiennymi murkami. Stoi już namiot medyczny, kuchenny i namiot bazowy, w którym trwają ostatnie czynności nad uruchomieniem sprzętu technicznego: generatora, zestawu akumulatorów i telefonu satelitarnego z komputerem. Przed zmierzchem zdążymy jeszcze powiesić flagi naszych miast. Pogoda jest dzisiaj u nas brzydka. Po słonecznym dniu karawany w nocy spadł śnieg ( temperatura w namiocie 2,4 stopnia), a widok Manaslu zasłania gęstwina ciemnych chmur. Jutro rozpoczęcie normalnej działalności górskiej. Krzysiek, Jasiu, JerzyK i Wojtek wraz z towarzyszącym im Sherpa TZONG GILMI wyruszają w kierunku obozu 1.

13 kwietnia 2001

Trzynasty i w dodatku piątek. Już o północy nastąpiło załamanie pogody. Zimno, wietrznie i ten wszędobylski śnieg, który upodobał sobie zwłaszcza buty stojące zazwyczaj w przedsionku namiotu - brr! Wszyscy są w bazie. Wszyscy- należy rozumieć, że Piotr, Synek i Żółw także. Brak jedynie naszych dzielnych Włochów, którzy dojdą do bazy może za cztery dni. Więc wszyscy są teraz w bazie: Krzysiek i Jasiu śpią, Synek pozuje do zdjęć reklamowych naszych sponsorów, JerzyK wypija kolejny termos gorącej herbaty, Piotrek pali fajkę, Żółw...?
- nie zgadniecie, Żółw wykonuje właśnie koszyczek na świąteczne pisanki.
Ja oczywiście piszę kolejną relację dla naszych drogich Internautów, którym winien jestem słowo PRZEPRASZAM za kilkudniową przerwę. Wybaczcie mi! Co działo się przez te kilka dni na wyprawie.
10 kwietnia : Krzysiek , Jurek , Wojtek oraz TZONG GILMI (Jasiu pozostał w bazie z powodu dolegliwości żołądkowych) wyruszyli z bazy ok. godz 7.00 z zamiarem założenia i zao-patrzenia obozu 1. ( obóz 1 - wysokość 4800 m n.p.m.) Zadanie wykonali i jeszcze tego samego dnia zeszli do bazy.
11 kwietnia: W górę wychodzą Krzysiek , Jurek i Jasiu. Ich plan jest taki : wynoszą dwa namioty, linę asekuracyjną, łopatę śnieżną i oczywiście porcję " szturm żarełka", by po nocy spędzonej w obozie 1 wyjść wyżej i założyć obóz 2. W trakcie bazowego śniadanka miła niespodzianka - dociera-ją do bazy nasi dzielni wędrowcy z karawany, ale o tym za chwilę.
12 kwietnia : po wyleczeniu gardła Wojtek wychodzi do je-dynki z kolejną porcją zaopatrzenia. Planuje spędzić nocleg w obozie 1 i rano wyruszyć do obozu 2, który tego dnia zos-tał założony niemałym wysiłkiem, w trudnych warunkach po-godowych, przez niestrudzoną czwórkę z 11 kwietnia na wy-sokości ok. 5800 m n.p.m. Wyjście Wojtka do obozu 2 nie doszła jednak do skutku z powodu załamania pogody w nocy z 12/13 kwietnia. Jak wygląda droga do jedynki?
Jest bezpieczna. Stanowi obejście odcinka lodowca Manaslu, który tutaj, na wysokości bazy straszy częstymi lawinami ( o przed chwilą znowu coś poleciało). Wychodząc z bazy najpierw trawersujemy dwa wybitne żleby z malowniczymi wodospadami, by potem wspiąć się do dna kolejnego żlebu, wąskiego, wypiętrzonego i wypełnionego śniegiem. Tu Krzysztof założył 80 metrową poręczówkę. Po pokonaniu żlebu wychodzimy na przełączkę i dalej w prawo mozolnie pnąc się w górę trawiastymi zakosami wychodzimy na wierzchołek żebra ( ok. 4500 m ) wyznaczającego początek grzędy. Dalej droga biegnie już tylko tą grzędą, jednostajnie, konsekwentnie ku górze aż do małego płaskiego miejsca, które może pomieścić najwyżej trzy namioty - to nasz obóz 1. Droga grzędą jest bardzo malownicza, im wyżej tym większa ekspozycja. Z prawej strony wielkie śnieżne nawisy i strome zbocze spadające na dno dolinki, z lewej strony jakby zbocze łagodniejsze, ale jego końca nie widać. Często zatrzymuję się na tej grzędzie, nie tylko z powodu zadyszki, której doświadczam, przyznaję szczerze, ale przede wszystkim by nasycić się wspaniałością krajobrazu, który z tego miejsca jest naprawdę wyjątkowy.

Muszę na chwilę przerwać to moje pisanie z powodu przenikliwego chłodu jaki zapanował w moim namiocie. Zasunę zamek, wsunę się do śpiwora, nałożę ciepłą czapkę i za chwilę będę z Wami.

Wróćmy teraz do dnia 11 kwietnia, kiedy to Piotrek, Bartek i Żółw przyszli do bazy. Było to prawdziwe "wejście smoka" i ogromne zaskoczenie tak krótkim przejściem z Kathmandu do bazy pod Manaslu. Tylko ! 6 ! dni ! - absolutny rekord świata. A oto krótka relacja tych sześciu dni. Już pierwszego dnia po dwóch godzinach marszu włoscy koledzy wraz z całą karawaną pozostali w tyle...! Nasi poszli dalej nie bacząc na ślimacze tempo ( nie mylić z tempem Żółwia) karawany. Maszerują po 10 godzin dziennie, w temperaturze ponad 35 stopni w cieniu. Śpią w przydrożnych chałupach, żywią się niemal codziennie tutejszą potrawą DAL BHAT ( ryż z soczewicą ). Mijają po drodze gorące źródła w TATO PANI i wysokopienne lasy sosny himalajskiej liczące ponad 500 lat. Prócz wspaniałych krajobrazów, bezpośredni, żywy kontakt z nepalską ludnością staje się największą przygodą ich wędrówki. Słuchając ich pierwszych, nie poukładanych, wyrwanych z kontekstu opowieści, muszę przyznać zazdrościłem im tego co widzieli i czego doświadczyli... dopóki nie zobaczyłem ich obnażonych stóp...

Jest już godzina osiemnasta i wciąż jeszcze pada śnieg. Napadało już z 30 cm. Strach pomyśleć ile napadało wyżej. Jutrzejsze wyjście w góry kolejnego zespołu jest przesądzone. Pozostaną w bazie. Może to dobrze z tym załamaniem pogody, bo jesteśmy razem dzisiaj, teraz w Wielki Piątek i pojutrze w Święto Wielkanocy.

19.04.2001.

Wracam do swoich relacji po kilkudniowej nieobecności spowodowanej po części koniecznością oszczędzania benzyny do naszego generatora, a po części choróbstwem, które położyło mnie do namiotu na kilka dni. Zacznę więc od relacji z pierwszego dnia świąt, którego nie zdążyłem " wklepać do komputera" , kiedy dopadły mnie boleści.

Świt Dnia Zmartwychwstania Pańskiego przywiał nas przepiękną pogodą. Tuż przed brzaskiem przestał padać śnieg, a ciemne chmury zniknęły gdzieś za horyzont. Z wnętrza namiotu spojrzałem wprost na lodowiec. Lśnił w słońcu i cieszył oczy swoim pięknem nieokiełznanej natury. Zwabiony radosnymi okrzykami szybko wypełzłem z namiotu i tylko nagły unik uratował mnie przed ciosem pędzącej śnieżnej kulki. Bitwa na śnieżki rozgorzała na dobre, ale nawet uważny obserwator nie doszukałby się w tej bitwie sensownych koalicji. Świąteczne śniadanie rozpoczęliśmy o 9.00. Była biała kiełbasa, polska szynka, jaczy ser i marynowane pieczarki. Oczywiście był też koszyk z pisankami, wczoraj pokropionymi wodą z pobliskiego potoku. I było tak bardzo tradycyjnie, tak bardzo świątecznie i uroczyście. Do stołu zaprosiliśmy oczywiście naszego tybetańskiego przyjaciela GILMI i kucharza, którzy z wielkim przejęciem przyjęli świąteczne życzenia i poczęstunek symbolicznym, wielkanocnym jajkiem. Niedługo przyszło nam cieszyć się piękną pogodą. Kiedy pokrzepieni świątecznym śniadaniem wstaliśmy od stołu, za płachtą namiotu panował już półmrok. Ciemne śniegowe chmury zawisły nad naszą bazą. Zaczął znowu padać śnieg - normalność ostatnich dni. Uczestnicy biesiady rozeszli się gdzieś w samotność. Zapanował chłód zmieszany ze smutkiem. Kiedy snułem się tak wokół namiotów będąc myślami przy swoich dzieciakach, spotkałem Krzyśka: wiesz Wojtek, tęsknię za domem - powiedział nie patrząc mi w oczy.

Następnego dnia był lany poniedziałek. Doprawdy nie wiele potrafię z tego dnia coś Wam opowiedzieć. Byłem już nieźle sponiewierany chorobą i tylko jak przez mgłę odgadywałem co się dzieje na wyprawie. Ale jedną historyjkę z tego dnia pamiętam dobrze. Przyczynę tego krótkiego incydentu można określić tak : "w czasie deszczu dzieci się nudzą". Poziom odporności psychicznej wyprawy z każdą godziną złej pogody spadał do granic wytrzymałości aż stało się - jeden nie wytrzymał. W czasie śniadania, nie wiadomo z jakiej przyczyny pacnął niedogotowanym jajkiem na miękko o stół, a ono rozbryzło się na wszystkie strony wywołując powszechną panikę. Jak mi wiadomo był to jedyny akcent Śmigusa Dyngusa tego dnia na wyprawie. Wracając do dnia dzisiejszego, w bazie było wiele zamieszania, z powodu Włochów, którzy postanowili swoją własną bazę rozwinąć w okolicach naszej jedynki i przeszli koło nas ok. dwudziestką tragarzy. Zaczynam doceniać spokój i taktykę Włochów. Kiedy nasi pędzą do przodu bijąc rekordy ich karawana idzie spokojnie zachowując własne leniwe tempo. Kiedy my marzniemy przez kolejną dobę tu w Bazie na wysokości 4100 m n.p.m. oni wylegują się w ciepłym SAMA GAON popijając CZANG. Dzisiaj, wystarczyło trochę pogody, a oni myk i są w jedynce. Ale do jedynki pomknęli też nasi - Synek i Żółw. Biedacy odkopują teraz namiot zasypany śniegiem po czubek. Z ostatniej łączności radiowej wynika, że maszt namiotu chyba jest uszkodzony. Wierzę w Żółwia, na pewno coś wymyśli. Krzysiek, JerzyK, Jasiu i Piotrek wybierają się dziś w nocy z zamiarem dojścia aż do dwójki. Z pewną dozą pesymizmu oceniam plany ostatniej dwójki. Od wielu przecież dni męczy ich gigantyczna......(powiem dosłownie ) sraczka.

20 kwietnia 2001

Zdążyliśmy już przyzwyczaić się do tych lawin, które nieopodal nas z hukiem, a nierzadko z grzmotem podobnym do odgłosów burzy spadają raz po raz w dół zasilając rzekę BURHI GANDAKI w życiodajną wodę. Wcześniej wyskakiwaliśmy z namiotu za każdym razem, chcąc zobaczyć to ekscytujące zjawisko przyrodnicze. Teraz, jak dyżurni w domku dróżnika przy ruchliwej trasie kolejowej kwitujemy to jednym stwierdzeniem: " towarowy 9.20" albo " ekspres do Warszawy 11.30". Baza opustoszała. Pozostałem tylko ja z Jackiem i Padam, który dzisiaj jakby ciszej żonglował garnkami w swoim kuchennym namiocie. Wyjście do góry Jasia i Piotrka oceniam jako akt desperackiej ucieczki z miejsca udręki. Co innego Krzysiek . Poszedł gnany instynktem artysty. Przyglądam się Krzyśkowi od samego początku. To pasjonujące obserwować jego pracę z kamerą i aparatem fotograficznym. Jest zawsze w stanie gotowości do zarejestrowania tego co może zdarzyć się za chwilę. Potrafi czekać do nocy, by bezczelnym okiem obiektywu obserwować czyjeś cierpienie, a potem wstać przed świtem i wykonać zdjęcie Manaslu oświetlonego pierwszym promieniem słońca. Ze wszystkich członków naszej wspólnoty tylko on nie ma złych dni. Doprawdy, być z Krzyśkiem w jednej drużynie to prawdziwa uczta! Tymczasem ( jest godzina 10.30 ) dotarły pierwsze informacje "z góry". Krzysiek , Piotrek i JerzyK są już w jedynce i razem z Bartkiem i Żółwiem popijają herbatkę w odbudowanym namiocie. Jasiu i Krzysiek męczą się jeszcze na podejściu. Wysokość opadu śniegu ocenia-ją na ok. 1.5 m. Po krótkim odpoczynku będą torować drogę do obozu 2. O godz.13.00 nastąpiło załamanie pogody i cała siódemka pozostaje w obozie 1.

21 kwietnia 2001

Od dwóch dni natura jest jakby łaskawsza. Po ośmiu dniach czegoś co nazywamy ( przepraszam, muszę użyć słowa, które powszechnie uznawane jest za brzydkie słowo) "totalną dupówą", pogoda łaskawie wyznacza nam reguły gry : między godziną 4.00 a 13.30 możecie sobie chodzić po górach, a w pozostałe godziny - panowie do namiotów! I tak ścigamy się z czasem chcąc uszanować wyroki aury. A teraz do rzeczy. Krzysiek , Żółw , Bartek, Jurek i Jaś ok.godz.13.00 dotarli do miejsca obozu 2. Szczęśliwie odnaleźli namiot prawie cały zasypany śniegiem. Po odkopaniu namiot okazał się poważnie uszkodzony. JerzyK z Bartkiem niezwłocznie przystąpili do jego naprawiania i już po godzinie rozłożyli w nim swoje puchowe śpiwory. Krzysiek z Jasiem postawili nowy namiot, ten przeznaczony do obozu 3. W tej chwili z pewnością wszyscy zajadają makaron z sosem bolońskim i wypijają hektolitry gorącej herbaty. Co z pozostałymi zuchami? Piotrek zszedł do bazy, Krzysiek filmuje himalajskie plenery z poziomu jedynki, Żółw zszedł do jedynki na nocleg. Plany na jutro? - mimowolnie spojrzałem poza namiot. Widoczność 15 m, ciągły opad śniegu, przenikliwy chłód i grzmot lodowca na dobranoc.

23 kwietnia 2001 (poniedziałek)

Na taki dzień czekaliśmy całe dwa tygodnie. O świcie niespodziewanie usłyszałem świergotanie ptaków...? Nie otwierając oczu pomyślałem: śnię jeszcze, że leżę sobie na zielonej łączce, że jest wiosna, że jest ciepło i na pewno nie spadnie już śnieg. I trwałbym w tym błogostanie przepojonym marzeniami o wiośnie, gdyby nie Padam, który rozpalił tą swoją kuchenkę napędzaną naftą, a która głośnym furgoleniem zrywa ze snu nawet najzacieklejszego śpiocha ( wcale nie miałem na myśli Żółwia ). Wyszedłem z namiotu, a tu proszę - śnieg zniknął, tylko gdzie niegdzie tkwi jeszcze w cieniu pomiędzy wielkimi głazami, tam gdzie nigdy nie sięga żaden promień słońca. Słońce świeciło przez cały dzień nie zasłonięte ani na moment najmniejszym choćby strzępem chmury. To był dobry dzień. Najpierw Jacek spełnił dobry uczynek ratując z opresji kilkoro tubylców, którzy dotarli do bazy z pobliskiej SAMA GAON szukając pomocy lekarza. Potem Krzysiek Hejke wykonał serię "ponadczasowych ujęć" tuż, tuż przed czołem lodowca na granicy jego pola rażenia ( byłem głównym aktorem tych sekwencji, więc może w ten sposób trafię do filmu), a następnie przyszła wiadomość z góry o tym, że Krzysiek Tarasewicz i Jurek zaporęczowali ponad sto metrów trudnego odcinka drogi przez lodowiec, ponad obozem 2. Wieczorem natomiast odbyła się miła uroczystość zapoczątkowana wniesieniem do namiotu tortu z palącymi się świeczkami. To wtedy przypomniałem sobie o moich Imieninach.

27 kwietnia 2001

Siedzimy sobie z Żółwiem w namiocie. Jest już prawie noc. Jak poprzednie noce, ta jest tak samo bezgwiezdna. Baza utonęła w ponurej mglistej szarudze. Co jakiś czas ciszę nocy rozprasza szelest drobnych granulek gradu padającego na poszycie namiotu. I siedzimy sobie tak z Żółwiem w namiocie snując marzenia o dobrym, polskim jedzonku: o gorącym bigosie z kiełbaską, o razowym chlebku z domowym smalcem i grubo pokrojonymi plastrami kiszonego ogórka, o młodych ziemniaczkach z koperkiem i zsiadłym mlekiem... ech! marzenia, marzenia. Wspominamy też ostatnie dni spędzone u góry: wspaniały widok oceanu gór, który z tarasu obozu 2 rozpościera się w nieskończoność, "parszywy trawers", którym Manaslu broni się przed intruzami i noce rozświetlane światłem błyskawic. W naszych nocnych bajdurzeniach jest też mowa o śniegu, który dzień w dzień zasypuje ślady grubą warstwą świeżego puchu, sprawiając że droga czy to pod górę czy z góry staje się prawdziwą udręką, o lawinach, które tu i ówdzie przecinają szlak naszych wędrówek i o czarnych cętkowanych ćmach, które pojawiły się nagle, co być może zapowiada upragnione nadejście himalajskiej wiosny. W dwójce są teraz Bartek i Jasiu. Próbowali przedrzeć się przez zerwy lodowca, by kontynuować poręczowanie zapoczątkowane przez Jurka i Krzyśka. Niestety, zatrzymał ich "parszywy trawers", który przy tak dużej ilości luźnego, niezwiązanego śniegu stwarza realne zagrożenie lawiny. Pogoda w dwójce nie do pozazdroszczenia. Pada śnieg i wieje silny, porywisty wiatr z północy. Krzysiek i Jurek są w jedynce. Tam pogoda nie jest wcale lepsza. Co będzie dalej? - nie wiem, nikt z nas nie wie. Wiem tylko jedno- nie tracimy nadziei. Z uporem Syzyfa wciąż od nowa odkopujemy namioty, przedeptujemy szlaki i wymieniamy zasypane trasery. Wyprawa trwa!!!

28 kwietnia 2001

Pan doktor Jacek Juściński zszedł do SAMA GAON z domową wizytą do chorej mieszkanki osady. Zapakował plecak najrozmaitszymi lekami od sponsora AVENTIS-PHARMA, posmarował twarz kremem ochronnym VICHY i połknął dwie pigułki BODYMAX od AMIS-MEDICA ( od tych pigułek przybywa mocy). Schodząc w dół Jacek rozkoszował się pięknymi widokami, a że miał przy sobie kamerę Video, co chwilę zataczał nią szerokie łuki komentując głośno to co widzi. Po drodze mijał pierwsze wiosenne kwiaty i rwące potoki obudzone z zimowego snu. Dom, w którym mieszkała chora, zbudowany był cały z kamienia, z wyjątkiem dachu o stromych, drewnianych połaciach. W izbie panował półmrok rozświetlany blaskiem ognia z żelaznego pieca stojącego mniej więcej po środku. Ciepło ognia promieniowało z dużą mocą ogrzewając przemarznięte ciało doktora. Chorą okazała się młoda kobieta cierpiąca na żołądek. Spory tłumek egzotycznie odzianych ludzi asystował w jej cierpieniu. Jak okazało się później byli to kolejni chorzy oczekujący pomocy lekarza. Jacek z dużą cierpliwością i zaangażowaniem traktował każdego chorego dokonując rutynowych oględzin w miejscach gdzie bolało, przeprowadzając przedtem wnikliwy wywiad lekarski. Pośrednikiem i tłumaczem w dialogu z chorymi była przepiękna, młoda nauczycielka z Kathmandu, której opanowanie języka angielskiego budziło podziw samego Jacka, a otrzymał on jak wiadomo staranne wykształcenie. Kiedy już ostatni pacjent zniknął za progiem chałupy trzymając w garści lekarstwa, gospodarz domu uraczył doktora gorącą herbatą tybetańską ( herbata + zjełczałe masło z Yaka + sól), zupką Yum-Yum oraz... butelką piwa. Nasz doktor nie pozostał dłużny i wręczył gospodarzowi dwa kurze jajka, które otrzymał od jednego z pacjentów w ramach zapłaty za poradę lekarską. Długo Jacek popijał tą tybetańską herbatę, oj długo i tylko trudno zgadnąć przyczynę tej celebracji. Jest kilka tez na ten temat:
- delektował się niepowtarzalnym smakiem herbaty,
- herbata wcale mu nie smakowała i biedny męczył się z tym okropnie,
- nie miał ochoty odejść od ciepłego pieca,
- wciągnęła go konwersacja z piękną Nepalką.
Godzina zrobiła się późna i czas było wracać do zimnej bazy, położonej hen wysoko ponad osadą. A że los bywa złośliwy i nie szczędzi nawet Judymów, w drodze pod górę schłostał Jacka grad zmieszany ze śniegiem. Szczęśliwie dotarł Jacek do bazy w sam raz na kolację. Ja też z nim byłem, herbatę ( tybetańską ) piłem, a co widziałem to Wam opowiedziałem.

29 kwietnia 2001

Z ostatniej chwili !!! ( godz. 12.00 czasu Nepalskiego) [8.15 w Polsce] .Trwa intensywna akcja górska. JerzyK i Krzysiek pokonują barierę seraków na wysokości ponad 6000 m n.p.m. Strategiczne ruchy zespołu konsultowane są przez radiotelefon z Jasiem, który z poziomu obozu 2 posiada szerszą perspektywę topografii terenu. Pogoda jest na razie stabilna. Jeżeli ten stan utrzyma się przez następnych 48 godzin, założenie obozu 3 stanie się faktem. Trzymajcie kciuki , jak najwięcej kciuków!!!

6 maja 2001

Do likwidacji bazy pozostało już tylko cztery dni. Zgodnie z harmonogramem 10 maja wyprawa powinna ruszyć karawaną do Kathmandu. Krzysiek podjął heroiczną walkę o Górę Dusz. Podziwiam jego optymizm i ogromną ambicję. Przyznaję, cztery ostatnie dni spędzone w dwójce w totalnym załamaniu pogody, noce bezsenne, gdy słychać było tylko podmuchy porywistego wiatru i ten niekończący się szelest padającego śniegu, pozbawiły mnie nadziei na osiągnięcie celu. To moje zwątpienie potwierdziło się, gdy zobaczyłem Diego i Luccę, którzy w pośpiechu schodzili obok naszych zasypanych namiotów, gestykulując coś o lawinach i o śniegu do pasa. Następnego dnia, gdy brnąłem przez lawiniska, nie idąc lecz pływając w sypkim śniegu, byłem już pewien - Manaslu nie daje nam szans. Teraz, gdy siedzę w wygodnej bazie i piszę tą relację, słysząc przez radiotelefon jak Krzysiek, Jurek i Bartek zmagają się ze zwałami śniegu uskrzydleni wiarą w sukces, mam mieszane uczucia. Właśnie dotarli pod taras, na którym stoi obóz 2. Jeszcze 80 m porę-czówki i będą na miejscu. Tymczasem Piotrek z Żółwiem torują drogę do obozu 3 narzekając na bardzo trudne warunki wspinaczki. Czy mamy jeszcze jakąkolwiek szansę zależeć będzie tylko od słońca, które nie rozpieszcza nas swoją obfitością, a już teraz ( godz. 12.40) widać, że i tym razem będzie z tym kiepsko. Słońce w dzień i mróz w nocy, tylko to może nam pomóc, zmieniając pulpę śnieżną w beton umożliwiający bezpieczne poruszanie się po stromych stokach. Także czas jest naszym przeciwnikiem, bo właściwie to już go nie mamy. Brak czasu powoduje, że wyprawa prawdopodobnie podzieli się na tych, którzy muszą wracać do kraju w ustalonym terminie i na tych, którzy z determinacją wierzą w kilka dni odmiany pogody i gotowi są zostać tu dłużej. Do wejścia na szczyt droga jest otwarta. Obóz 3 stojący ponad zerwami lodowca daje szansę wyjścia wyżej. Wyżej, czyli otwartym stromym zboczem Manaslu na rozległe śnieżno-lodowe plato, na którym trzeba założyć jeszcze obóz 4. Początkowy odcinek zbocza Manaslu, gdzie nachylenie jest większe, musi być zabezpieczony linami poręczowymi, aby zmęczeni zdobywcy schodzący ze szczy-tu mieli bezpieczny powrót do trójki. Policzmy ile dni bezwzględnej pogody potrzeba na osiągnięcie celu:
-Krzysiek, Bartek i Jurek są w dwójce i jutro wyruszą do trójki :jeden dzień,
-poręczowanie ściany zajmie 2 dni : trzy dni,
-założenie obozu 4 - kolejny dzień : cztery dni
-wejście na szczyt pierwszego zespołu i zejście do trójki: piąty dzień,
-ewentualny atak szczytowy kolejnego zespołu: szósty dzień,
-zejście z trójki do dwójki i likwidacja obozu 2: siódmy dzień
Siedem dni dobrej pogody! Tak niewiele dni, a tak wiele potrzebnego szczęścia! Bądźmy teraz wszyscy razem i wierzmy, ja też będę wierzył że ta odrobina szczęścia, te siedem dni znośnych warunków pogodowych jest możliwe, że sukces wyprawy jest możliwy!

7 maja 2001

Pół nocy lał obfity deszcz, to absolutne novum w szarej codzienności bazy pod Manaslu. Rano zaświeciło słońce, ale tylko przez dwie godziny. Potem wielkie kłębowisko chmur płynące z dołu od doliny połknęło bazę w tempie błyskawicy i zatrzymało się gdzieś tam ponad obozem 2. W obozie 2 jest Krzysiek Hejke oraz Bartek i Jasiu, który odpoczywa po bardzo wyczerpującym marszu z ciężkim plecakiem wprost z bazy. Jasiu miał pecha. Tuż przed jedynką sypnęło śniegiem i sypało aż do późnych godzin nocnych. Jasiu nie dotarł do dwójki i ratował się awaryjnym noclegiem w pro-wizorycznym namiocie, bez śpiwora i materaca. Podobno nastawiał budzik na budzenie co pół godziny, broniąc się w ten sposób przed zaśnięciem, a w konsekwencji przed odmrożeniami.
Udało się.
JerzyK i Krzysiek pracują w pocie czoła podchodząc do trójki z całym ekwipunkiem niezbędnym do poręczowania ściany powyżej obozu 3 oraz ze sprzętem biwakowym do założenia obozu 4. Piotrek i Żółw kontynuują przecieranie szlaku do trójki po przymusowym biwaku tuż ponad ostatnią poręczówką założoną przez Diego i Luccę. Ta noc będzie ostatnią nocą Piotrka spędzoną w górach. Jutro wraca on do bazy, by zdążyć na karawanę powrotną do Kathmandu. Do bazy wraca także Krzysiek Hejke. Spotkam się z nim jutro w jedynce przy okazji likwidacji obozu. Jeżeli utrzyma się ta względna pogoda, w górach pozostaną: JerzyK, Krzysiek, Bartek, Jasiu i Żółw, którzy są przekonani, że Manaslu jest jeszcze do zdobycia. Nie podzielam ich optymizmu i wiary w sukces, pomimo wszelkich przeciwności, jakie mogą góry przeciwstawić człowiekowi.

9 maja 2001

Zaszła nieoczekiwana zmiana. O szóstej rano ( rutynowa łączność radiowa ) Krzysiek podaje zaskakującą wiadomość : JerzyK schodzi do bazy! Tylko trzy słowa.
Wrzeszczę przez radiotelefon: Krzysiek, a ty?
Cisza. Jego baterie są już prawie na wyczerpaniu.
Zero kontaktu. Zero informacji.
W chwilę później odzywa się Jasiu:
-poczekamy aż śnieg przestanie padać i ruszamy z Żółwiem
i Bartkiem do trójki. Będziemy próbowali zdobyć Manaslu !...???
Jurka czeka nie lada przeprawa. Musi pokonać zerwy lodowca by dojść do dwójki. Tam dopakuje plecak pozostawionym sprzętem biwakowym. Potem ruszy dalej w dół, trawersując strome stoki, z których codziennie zsuwają się lawiny. To nie koniec emocji. Im bliżej bazy, tym więcej niespodzianek. Potoki, które do tej pory przekraczaliśmy "suchą nóżką", teraz zamieniły się w ryczące wodospady. Trzeba kluczyć pomiędzy wielkimi głazami by znaleźć dogodne przejście. I jeszcze jedna niespodzianka. Tuż obok bazy, jakieś 50 m, gdzie wznosi się wybitny żleb, którym sączył się strumyczek ( ulubione miejsce zimnych kąpieli Jasia) runęła potężna śnieżno-kamienna lawina wyżłabiając kilkuset metrowe koryto o szerokości ponad 30 m. To koryto wypełnione jest śniegiem o granulacji głowy Yaka, ale ostatnie słoneczne dni sprawiły, że pod warstwą śniegu dudni rwąca rzeka. Nie martwcie się jednak o Jurka. Da sobie radę. Każdy z nas przez to przeszedł. Tymczasem w bazie trwają wielkie porządki i gorączkowe pakowanie. Tu i ówdzie wiszą wyprane gacie i skarpetki na drogę. Zazieleniło się wokół namiotów. Pierwsze wiosenne kwiaty wypatrują skąpego słońca. Krzysiek Hejke wydłubał garść miniaturowych Irysów, by z pewnością zawieźć je dla tajemniczej dziewczyny, która niemal codziennie przysyłała do niego słodkie e-maile. Wyprawa przysłużyła się tęsknocie do bliskich. Niejedna miłość zakwitła ponownie jak himalajskie kwiaty na wiosnę.

10 maja 2001

O czym napisać w swojej ostatniej relacji ?
O pogodzie, która jak zwykle jest zła ?
O ostatnim spojrzeniu na Manaslu ? - nie widać go, jest zakryty chmurami.
O grzmiącym nieopodal lodowcu? - ostatnio jakby się uspokoił.
Napiszę o rozstaniu!
O rozstaniu z przyjaciółmi, z którymi przyszło nam dzielić złe i dobre dni, a których teraz pozostawiamy osamotnionych w walce o zdobycie Góry Dusz ,
i o rozstaniu z górami, bez których trudno nam żyć w zwykłej codzienności.
Może napiszę o pokorze !, którą zabieramy w doliny by ją pielęgnować jak delikatną roślinkę i o tęsknocie do zwykłych, codziennych rzeczy, które po długiej rozłące urastają do rangi marzeń.
Ale napiszę też o wdzięczności!
O wdzięczności dla sponsorów, między innymi:
dla firmy EPA, dzięki której możliwe były przekazy satelitarne do kraju i codzienna łączność radiowa w czasie wspinaczki, dla firmy LAPCOM, za komputer z którym zżyłem się jak z własnym śpiworem i dla firmy JOHNSON-JOHNSON za krem NEUTROGENA, którym smarowaliśmy nasze twarze, by ochronić je przed niszczącym działaniem słońca.
Nie mogę nie napisać o życzliwości!
O życzliwości, jaką okazywali nam liczni internauci: siedmioletni Marcinek, który też lubi kiszone ogórki i pewien pan z dalekiej Ameryki, który mądrymi słowami dodawał nam otuchy.
I jeszcze muszę napisać PRZEPRASZAM!
Przepraszam za Wasze e-maile bez odpowiedzi, niespełnione oczekiwania i nadzieje.
O czym jeszcze powinienem napisać w tej mojej ostatniej relacji ...?

Moje prośby do Pana Boga, o szczęśliwy powrót do domu wszystkich uczestników wyprawy, zostały wysłuchane. Oto wróciliśmy cali i zdrowi (choć nieco odchudzeni co niektórym, a zwłaszcza mnie wyszło to niewątpliwie na dobre). To cud, który zdarzył się tej wyprawie! Obfite, niemal ciągłe opady śniegu, lawiny spadające znienacka , fatalna widoczność, trudności techniczne lodowca, pokonanie którego otwierało drogę do szczytu, to realne zagrożenia czyhające na wspinaczy przez wszystkie dni działalności górskiej pod Manaslu. O dużym szczęściu może mówić Bartek , Jurek i Krzysiek , których w drodze do obozu drugiego lawina dosłownie musnęła. Także Jasiu przeżył niebezpieczną przygodę. Zaskoczony nagłym załamaniem pogody nie dotarł do dwójki i tylko dzięki górskiemu doświadczeniu, sile woli i odrobinie szczęścia uniknął poważnych odmrożeń. Nie ominęło szczęście również moją skromną osobę. Pędzący z wysokości kilkudziesięciu metrów głaz ugodził mnie w nogę nie wyrządzając poważniejszych obrażeń, ale tylko instynktowny unik uchronił mnie przed ciosem w głowę. Tak, szczęścia nie brakowało wyprawie i tylko los był mniej łaskawy.
Wróciliśmy z wyprawy z żalem do losu, który przeciwstawił nam wszystko co jest w górach nieprzyjazne człowiekowi, co odbiera przyjemność obcowania z górską naturą, co zamiast satysfakcji ze wspinania przynosi udrękę. Tyleż szczęścia co przeciwności losu.
"Pero, pero, bilans musi wyjść na zero" - tak śpiewał ongiś Jan Kaczmarek ze znanego wrocławskiego kabaretu "ELITA". Po raz kolejny mądrości kabaretowych gagów sprawdziły się w życiu.
Ktoś powie, pomyśli: " przegrali , " wrócili na tarczy", " nie odnieśli sukcesu". Wyrażeniem obiektywnej prawdy będzie stwierdzenie: " nie weszli na szczyt Manaslu". Wspinaczka nie jest przecież meczem, który można wygrać lub przegrać, a słowa "sukces" lub "porażka", w rozważaniach dotyczących alpinizmu należałoby uznać za niestosowne.
Nie odnajduję w sobie poczucia porażki z faktu, że nie udało się osiągnąć celu. To co czuję, to głęboka wiara w sens tej wyprawy i nadzieja, że plon zbierać będziemy już w niedalekiej przyszłości.

25 maja 2001